Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Postaramy się, wasza ekscelencjo!
Przez bramę na plac wpadł szalonym galopem kozak, zakręcił konia młyńcem i, krzyknąwszy: „Cesarz jedzie!“ — tym samym pędem wyleciał na ulicę, gdzie rozbrzmiewały już biegnące zdaleka „hurra“, którem zebrane tłumy witały monarchę.
Po chwili przed gmach korpusu zajechała dworska kareta, otoczona setnią kozaków, a za nią inne powozy ze świtą cesarską.
Z karety wysiadł Mikołaj i, zrzuciwszy płaszcz na ręce olbrzymiego lokaja, zamaszystym krokiem zbliżył się do kompanji honorowej.
Trębacz, przycisnąwszy trąbkę do ust, odegrał sygnał, ustalony przez cara Pawła na powitanie monarchy. W armji opowiadano sobie straszne rzeczy o tem, jak za złe wykonanie zawiłego sygnału obłąkany car rozkazywał kijami zabijać trębaczy.
Kadet, stojący przed kompanją, posiadał, widać, niezwykle potężną pierś, bo wszystkim się zdawało, że czyste, lecz ogłuszające dźwięki rozsadzą srebrny instrument, że lada chwila rozpryśnie się on na drobne kawałki.
Cesarz natychmiast zwrócił na to uwagę, zatrzymał się i słuchał.
Dumną i brutalną twarz jego rozjaśnił nagle uśmiech zadowolenia. Mikołaj, nie witając podchodzącego z raportem generała Paszkowa, zawołał:
— Nawet w gwardji huzarów nie słyszałem tak pięknego sygnału! Zuch trębacz