Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rotmistrz, pobrzękując ostrogami, mówił po francusku:
— Oto jest kadet Lis! Dostarczyłem go żywym na rozkaz pani.
— Dziękuję, panie rotmistrzu! — z uśmiechem odparła panienka i podała dłoń kadetowi.
Stanęli w długim orszaku tańczących par i sunęli ręka w rękę przez sale i galerje pałacowe.
Panienka zapytała o coś swego tancerza.
Lis nie zrozumiał pytania. Było w niem coś niby znajomego, słyszanego kiedyś, lecz i obcego zarazem.
— Przepraszam panią, nie pojmuję... — rzekł po francusku zmieszany chłopak.
— Ach, przepraszam! — zawołała. — Z przyzwyczajenia zaczęłam rozmowę po polsku...
Lis, nie zdając sobie sprawy, ścisnął rękę panienki.
Był to uścisk tak potężny, że wydała cichy okrzyk bólu, lecz niebieskie oczy błysnęły radośnie.
— Boże, co ja narobiłem?! — jął się tłumaczyć Lis. — Niech pani będzie taka dobra i przebaczy mi niezręczność moją! Nie wiem, jak się to stać mogło? Jesteśmy bardzo nieobyci w towarzystwie... Spędziłem czternaście lat w korpusie i dopiero dziś po raz pierwszy... mam zaszczyt... mam szczęście... tańczyć z damą...
Gęsty, gorący rumieniec okrył twarz kadeta, stał przed panienką z pochyloną głową i bezwładnie opuszczonemi rękami, bełkocąc:
— Przepraszam... przepraszam bardzo pokornie!...