Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Marszałek dworu, skłoniwszy się nisko przed cesarską parą, dał znał adjutantowi, stojącemu przy drzwiach.
— Kadecie! — szepnął do Lisa oficer. — Gdy lokaj otworzy podwoje, wyjdziesz pierwszy i, stanąwszy o trzy kroki przed progiem, odegrasz sygnał, wskazany przez ceremonjał spotkania cesarza.
— Rozkaz! — odparł chłopak i, zręcznie uczyniwszy półzwrot, poszedł za wygalonowanym lokajem.
Drzwi się rozwarły szeroko, i Lis odegrał sygnał z taką siłą, że wszyscy się zdumieli. Obecnym się wydało, że potężne, czyste dźwięki wypełniły cały gmach olbrzymiego pałacu, a coraz to nowe, coraz bardziej burzliwe potoki ich wyrywają się z małej, srebrnej trąbki, rozsadzają mury i wkrótce wyprą wszystko, co się w nich znajduje.
Ostatnia, najtrudniejsza nuta — wysoka i nieskończenie długo drgająca w powietrzu udała się trębaczowi jak nigdy.
Mikołaj, prowadzący pod rękę cesarzową, mimo uroczystej chwili okazania wiernopoddanym swego majestatu, nie mógł się powstrzymać, aby nie rzucić kadetowi takiego spojrzenia, że niektórzy dworacy, mijając młodzieńca, uważali za stosowne pochylić przed nim głowy w uprzejmym, służalczym ukłonie.
Nie wiedzieli przecież, na jakie wyżyny mógł zajść ten nieznany chłopak o atletycznej piersi, — tymczasem skromny kadet-trębacz, co miał szczęście tak bardzo podobać się wszechwładnemu monarsze.