Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/280

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nic już nie mówiąc, poszedł do kwatery generała i zameldował się.
Dembiński siedział przy stole i rozmawiał z prezydentem Warszawy, panem Garbińskim.
Gość żegnał właśnie naczelnego wodza i po chwili wyszedł.
— Co powiesz, poruczniku! — spytał Dembiński, wyniośle patrząc na młodego oficera.
— Przyszedłem zapytać, kiedy pan generał poprowadzi wojsko do bitwy? — rzekł surowym głosem Lis i oczy zimne, groźne wbił w twarz wodza.
Generał jeszcze wyżej podniósł głowę. Już zamierzał wybuchnąć, gdy w jednej chwili dojrzał coś, co miotało się w głębi szeroko rozwartych, męczeńskich oczu stojącego przed nim młodzika.
— Pytam... — rzucił Lis i całą siłę swoją, cały żar i ból serca włożył w te słowo krótkie, jedyne, a groźne, jak śmierć nagła.
Dembiński nagle ochłonął z oburzenia i uśmiechnął się blado.
— Dobrze... dobrze... — rzekł. — Odpowiem ci jutro, a dziś, poruczniku, nie! natychmiast weźmiesz dziesięciu strzelców konnych i zrobisz wywiad w lasku na lewem skrzydle.... Muszę wiedzieć, co się tam kryje, bo jutro...
Lis rzucił się do wodza i padł mu do nóg.
— Panie generale... życia nie oszczędzę... rozumiem... jutro bitwa... Panie... generale wybacz... wybacz!...