Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Powiadam ci, że aż przerażenie mnie ogarnęło, gdym posłyszał! Chce, widzisz, pan Dembiński ład przedewszystkiem w kraju ustalić. Cha-cha! Chyba poprosi Moskali, aby na to łaskawie czekać raczyli! Nosi się generał z zamiarem aresztowania Krukowieckiego, Lelewela i krzykaczy z Towarzystwa Patrjotycznego, rozpędzić sejm, postrachem zmusić kraj do posłuchu i milczenia, ba! rządzić po królewsku...
Lis milczał, więc kapitan mówił dalej:
— Wielopolski i Nakwaski za głowę się brali i wołali, że będzie to zdrada stanu i zguba Polski, on zaś się uparł, zaciął i powtarzał: „Ja was nauczę moresu, buntowniki!“
Po tej rozmowie Lis stał się dziwnie zamyślony i spokojny.
Jakieś postanowienie, widać, w nim dojrzewało.
Jeszcze się wahał, jeszcze myślał i ważył w umyśle i sercu zamiar swój, z którego nikomu się nie zwierzał.
Dopiero, gdy posłyszał nowiny, przyniesione mu przez kapitana, wydało mu się, iż czekać dłużej nie ma prawa.
Kapitan Jasiuk szepnął mu do ucha:
— Wiem napewno, że Dembiński cofnie się z armją do Warszawy, poaresztuje tłumy ludzi, porozstrzela, a potem stanie nad Szczarą, mając na wypadek klęski drogę otwartą do Galicji, gdzie zamierza podnieść powstanie. Szaleniec!
— Szaleniec... — niby echo powtórzył Lis.