Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ratowanie ojczyźnie, ginącej w toni nieprawości naszych i w złości wrogów! Jeżeli karą ciężką dosięgnąć i skarcić nas zamierzacie — uczyńcie w miłosierdziu swojem, aby kara ta i udręka stała się oczyszczeniem i uzdrowieniem duszy ludu naszego, za co my, stojący tu kornie przed wami, ślubujemy w tej chwili oddać bez wahania szczęście nasze, zdrowie i życie, amen!
Lis klęczał obok Juljanny i powtarzał za nią każde słowo tej dziwnej modlitwy, czując obecność Istot najwyższych, które słyszały prośbę i przysięgę ich.
Nagle rozległy się za oknami krzyki, gwar tłumu, tupot nóg setek ludzi, biegnących po kamieniach ulicy.
— Śmierć zdrajcom! Na szubienicę! — wyły złe, ponure głosy.
— Precz z rządem pięciogłowym!
— Śmierć arystokratom! Na szubienicę! — wzmagały się coraz głośniejsze nawoływania.
— Na zamek! na zamek! Pokarać szpiegów i sprzedawczyków! Na latarnię psubratów!
— Na szubienicę! Śmierć! Śmierć! — rwały się wściekłe krzyki.
Po chwili ten zgiełk i tumult zagłuszyły przeszywające powietrze odgłosy trąbek, warczenie bębnów i gromka komenda:
— Oficerowie i żołnierze do swoich pułków! Rozkaz gubernatora! Do pułków!
Ktoś cwałował na koniu i rzucał słowa rozkazu.
Lis zerwał się natychmiast i wybiegł na ulicę.
Zatrzymał się na chwilę, zawahał się i wpadł do sieni.