Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wyszedłszy z kwatery generalskiej, Lis powlókł się bez celu i, ujrzawszy tłok koło jednej z kawiarni, przystanął i z trudem przecisnął się do środka.
To, co usłyszał tam, dodało mu narazie otuchy i sił, a potem zwątpieniem znów dręczyć zaczęło.
Trafił bowiem niespodzianie na wiec Towarzystwa Patrjotycznego, które w okresie tym ożywiło swoją działalność.
Właśnie przemawiał ksiądz Puławski.
Namiętnym, gorącym i grzmiącym głosem rzucał on ciężkie, śmiałe oskarżenia, coraz to zuchwalsze hasła i nawoływał niemal do nowej rewolucji, a miała rozszaleć ona już nie przeciwko ciemiężcom — moskalom, lecz przeciwko rządowi polskiemu, przeciwko posłom — antyreformistom w izbach, przeciwko generałom, winnym porażek na wojnie.
Lis zamyślił się nad tem, do czego popychał Polskę ten ksiądz płomienny i groźnie natchniony.
Wtem ktoś pociągnął go za rękaw munduru.
Porucznik obejrzał się. Ujrzał niemłodego już szlachcica, który przyglądał mu się z zaciekawieniem.
Lis oddawna już żył w jakiejś ustawicznej półmgle, działając jak maszyna bezduszna, zimna, rozpętana, bez udziału jego woli i myśli.
Obojętnie ślizgnął się wzrokiem po obliczu szlachcica i odwrócił się, nie poznając go.
— Cóż to? — mówił szlachcic. — Czyżbym się pomylił?! Pan porucznik Władysław Lis?