Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i niekarny winy swoje i przywary sowicie okupił i zmył.
Wychudli, spaleni na słońcu, okopceni dymem ogni biwacznych, raczej do żebraków wędrownych podobni, niż do żołnierzy, siedzieli na koniach różnych maści i wzrostu, a śmigłych, chudych, kosmatych, o brzuchach i bokach zapadłych.
Łachmany zamiast mundurów polskich, zdarte z zabitych ubranie rosyjskich dragonów, huzarów i strzelców, kapoty, sukmany litewskie, siermięgi żmudzkie, czamary, nawet starodawne kontusze, wywleczone ze skrzyń po dworach; karabiny — polskie i rosyjskie, guldynki, janczarki, dwururki myśliwskie, pałasze, rdzewiejące po lamusach karabele, koncerze, nadziaki, a nawet kordelasy łowieckie widniały na tych zjawach ludzkich i krzyczały o dalekiej, krwawej wyprawie, o nieprzerwanym trudzie i znoju bojowym...
Niejeden myślał, że to z mroku wieków wyłoniło się jakieś wojsko, które powracało, jak to niegdyś bywało, ni to z pod Tuszyna, Smoleńska, Pskowa, Moskwy, ni to z dalekich zagonów na Dzikie Pola, Wołoszę lub na Krym.
Widzowie mimowoli wypatrywali wśród oficerów, którzy jechali przed szeregami, przyszłych sławnych wodzów, — obrońców honoru, zdobywców sławy nieśmiertelnej.
Przed wojskiem zbiedzonem, a lotnem i bitnem, bo w karbach trzymały je bądź co bądź twarde ręce, jechał generał Henryk Dembiński, wychowany w atmosferze grand-metrów dworu Saskiego, spokrewniony