Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ztyłu szła kolumna z jeńcami polskimi. Jedni z nich leżeli na słomie, otuleni wojłokami, drudzy siedzieli, okrywając się płaszczami i kocami, aby się ochronić przed deszczem i siekącemi smugami mokrego śniegu.
Była to droga męczeńska, bo tabory i artylerja, przechodzące tu na początku wojny, rozbiły szosę zupełnie. Głębokie koleje, wyboje i wykroty, połamane koła i fury wstrzymywały ruch wozów szpitalnych. Lód na rzece zczerniał i nabrzmiał, więc przeprawy odbywały się z wielkiem niebezpieczeństwem i ostrożnością.
Na Muchawcu i Jasiołdzie stracono po cztery dni, zanim zdołano przeprowadzić wszystkie wozy.
Kolumna posuwała się wolno.
Kraj, ogołocony poprzedniemi rekwizycjami, nie mógł dostarczyć dostatecznego pożywienia, a w niektórych osiedlach nie znajdowano nawet dostatecznej ilości pomieszczeń na kwatery, ponieważ wojska rosyjskie, przechodząc, zazwyczaj podpalały wsie, miasteczka i dwory.
Głód i nowe choroby zajrzały w oczy rannym ludziom, jeńcom, a nawet żołnierzom konwoju i felczerom. Podniosły się lamenty, narzekania i przeszły w taki nieład, że zniknęła wszelka dyscyplina i posłuch. Każdy ranny, konwojent i felczer na własną rękę zdobywał dla siebie pożywienie, oddając chłopom okolicznym lub żydom płaszcze, buty, czapki i koce za miarkę ziemniaków, bochenek chleba, kawałek mięsiwa lub kwartę mleka.