Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy zabrakło mienia własnego, żołnierze rzucili się do wozów z zapasowemi rzeczami, wydanemi z magazynów wojskowych.
Ta okoliczność pozwoliła Lisowi zaopatrzyć się w przyodziewek rosyjski, który porucznik starannie ukrył na wozie pod słomą.
Jadąc z innymi Polakami, przyglądał się bacznie towarzyszom niedoli i wkrótce wybrał dwóch: jednego, który do powstania przywędrował z pod Nowego Sącza, drugiego zaś — ochotnika z oddziału pułkownika Kuszla, ziemianina z ziemi Płockiej.
Obaj byli młodzi, tędzy, zawsze weseli i sprytni.
Góral posiadał zdumiewającą zdolność do odnajdywania po chałupach zapasów, ukrytych przez wieśniaków. Wchodząc do chaty, węszył, parskał i szeptał gospodarzowi do ucha, aby nikt inny nie słyszał:
— Dawajcie — no ludzie dobrzy, tę słoninę, co macie w ukryciu, bo i tak weźmiemy! Ino jeżeli po-dobremu, to dacie na trzy gęby, a jak nie — to całkiem zabierzemy.
Na takie powiedzenie gospodarz trząsł głową i, mrucząc, przynosił pod połą to i owo i oddawał góralowi.
Jacek Brzega brał i grzecznie dziękował.
Ten drugi znów — ziemianin z pod Płocka, mając u siebie w domu gorzelnię, wyrobił sobie węch okrutnie czuły na okowitę.
Pan Roman Dębski z „podjazdu żywnościowego“ rzadko powracał bez gorzałki, dobrej na psią pogodę, bez przerwy trapiącą tabor.