Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lis wsłuchuje się i długo nie może zrozumieć słów, skierowanych do niego.
Spostrzega tylko ruch warg ciemnych i drgające, rudawe końce długich, zwisających wąsów.
Opuszcza powieki i wpada w twardy sen.
Budzi się dopiero nazajutrz.
Może już poruszyć głową, więc ogląda pokój.
Białe mury, upstrzone dziurami od wyrwanych gwoździ, ciemne plamy kopciu; szereg łóżek drewnianych z wystającemi z sienników wiechciami słomy; ciemne, skulone lub dziwnie wyprostowane, nieruchome postacie pod szaremi kocami.
Nozdrza pochwytują ostrą woń jakichś leków i krwi, mdłe, kwaśne wyziewy wilgotnego sukna i skóry, zapach potu i wymiotów.
Lis porusza ręką i usiłuje wesprzeć się na łokciu.
Ta sama brodata twarz z ciemnemi wargami i drgającemi końcami wąsów pochyla się nad nim i coś mówi.
Lis rozumie teraz każde słowo; tylko się dziwi, że słyszy mowę rosyjską.
Błysnęła myśl trwożna, pytanie bolesne:
— Niewola?
Zbiera całą przytomność, wytęża wolę i rozkazuje umysłowi, aby pracował sprawnie i posługiwał się instynktem ludzkim i zwierzęcym.
Niewola?...
Pytanie to wsiąka w całą istotę jego coraz głębiej; pracuje mózg, wzrok i słuch; straszna myśl o niewoli staje się olbrzymiem, czarnem tłem, na którem