Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zmysły zaczynają ciąć kreskę po kresce aż tworzy się wyraźny obraz teraźniejszości i przyszłości.
Instynkt ludzki pociąga do rozpaczy i bohaterstwa, jeszcze nieznanego i niejasnego, zaledwie poczętego w wyobraźni, instynkt zwierza czujnego i nieufnego podszeptuje przebiegłość, podstęp, pozorne poddanie się losowi.
Jednak ta walka wewnętrzna, ten proces duchowy dodały mu sił i jeszcze bardziej ożywiały i spotęgowały świadomość i rozwagę.
— Gdzie jestem? co się ze mną dzieje? — szepnął po rosyjsku, patrząc na rude końce długich wąsów nieznajomego.
— Jesteście w szpitalu etapowym № 11 w Brześciu... Na tablicy stoi wypisane: „jeniec polski z pod Warszawy“ — odparł nieznajomy, uśmiechając się niebieskiemi oczyma.
— Niewola! — stuknęło młotem po ogromnem kowadle straszne słowo.
Wtedy uświadomił sobie, że jako ranny musiał się dostać w ręce Moskali.
Nie mógł udźwignąć lewej nogi. Leżała na kocu, jak wielki, biały kloc, omotany bandażami.
— Ach... generał Chłopicki... granat... przed bitwą rzemykiem przeciągnęłem sobie udo... krew ciurkiem uchodziła... Tak!... A może potem raz jeszcze byłem ranny? — kołowały w głowie wspomnienia aż ułożyły się w nowe pytania:
— Czy rana jest niebezpieczna?