Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nic innego tylko muszę się imać wybiegów wojennych...
Powziąwszy takie postanowienie, skoczył do najbliższego ambulansu, gdzie razem z Polakami leżeli też ranni Moskale. Wywoławszy dyżurnego lekarza, porozmawiał z nim na osobności i wkrótce otrzymał od niego płaszcz, mundur i czapkę rosyjskiego oficera, znalezionego na polu bitwy z ciężką raną w brzuchu.
Lis w obecności lekarza długo rozmawiał z jeńcem i wypytywał go o różne szczegóły.
— Życzę porucznikowi powrotu szczęśliwego z tak zuchwałej wyprawy! — szepnął lekarz, żegnając odjeżdżającego ułana.
— Postaram się sprawy nie pokpić! — odparł z uśmiechem Lis i powrócił do swoich ułanów.
Porucznik, wcisnąwszy do torby rosyjski płaszcz i czapkę, odjechał.
Podjazd jego szedł szybko i wkrótce jął obchodzić od skrzydła pozycje rosyjskie.
Stanąwszy przy jakiejś spalonej chałupie, Lis ukrył w niej swoich ułanów, a sam się przebrał i śmiało poszedł naprzód.
Po godzinie, gdy już wieczór zapadł, ujrzał pierwsze ognie biwaków nieprzyjacielskich.
Lis, nadsłuchując czujnie, zaczaił się wśród ośnieżonych wydm.
Cisza panowała dokoła i tylko zrzadka ucho jego przyłapywało daleki, napływający wraz z mroźnemi podmuchami wiatru pogwar obozu nieprzyjacielskiego.