Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Porucznik w swem ukryciu doczekał się nocy.
Gdzieś, znacznie bliżej, rozległy się głosy żołnierzy, szczęk ciężkich karabinów i — cisza znowu pochłonęła wszystkie dźwięki.
— Zmieniono warty... — mruknął do siebie Lis. — Czas na mnie!
Wyszedł i, nie kryjąc się wcale, kulejąc i jęcząc głośno, poszedł naprzód.
— Kto idzie? Stój, bo strzelę! — rozległ się wkrótce okrzyk rosyjski.
Lis jęknął jeszcze głośniej i słabym głosem odpowiedział:
— Nie strzelaj, bracie! Swój idzie... Oficer 8 pułku dragonów... Dostałem się do niewoli... Uciekłem od Polaków...
Do mówiącego podszedł wartownik. Trzymał karabin w pogotowiu i przyglądał się podejrzliwie, gotowy do napadu i obrony.
Ujrzawszy uniform rosyjski i do tego oficerski, uspokoił się i stanął nawet w pozycji służbowej.
— Chcę złożyć ważne zeznania — mówił słabym głosem Lis. — Odprowadź mnie do sztabu.
— Rozkaz! — rzekł wartownik i gwizdnął.
Natychmiast nadbiegł wachmistrz z drugim żołnierzem.
Porozumiawszy się z nieznajomym oficerem, poprowadzili go przez zaspy śnieżne w stronę biwaków.
Stawiono Lisa przed pułkownikiem Zorinym, szefem sztabu brygady.