Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dochodziły do Pyszkowa słuchy, że najlepiej się jednak przedstawiała artylerja. Naczelne dowódzwo pokładało w niej wielkie nadzieje, szczyciło się doskonałymi kanonjerami i szczególnie niezwykłą sprawnością artylerji konnej, którą uczył „szarż skokami“ Bem, oficer ognistego temperamentu.
Lis dziwił się, że wobec groźnego przeciwnika Rząd nie ogłaszał dotąd pospolitego ruszenia, o którem, jak sam słyszał w głównym sztabie w Petersburgu, napomykali nawet w Rosji. W Polsce zaś, jak mu się wydawało, było to wprost niezbędnem, wobec liczebnej przewagi nieprzyjaciela.
Pan Kobierzycki z westchnieniem objaśnił go, że pospolite ruszenie w Polsce z różnych powodów nie jest rzeczą łatwą.
— A gdzież zdobędzie rząd karabiny, amunicję, szable, konie i kulbaki dla takiej nawały nowych żołnierzy? — pytał szlachcic.
Lis westchnął ciężko i zamyślił się.
Strategję w korpusie wykładał kadetom sam dyrektor Paszkow, uważany w Rosji za jednego z najzdolniejszych generałów, więc Lis miał wpojone sobie w szkole pojęcia, dotyczące wojny.
Pamiętał doskonale, że Paszkow, wyjaśniając różne okresy minionej wojny z Napoleonem, dość otwarcie określał wartość żołnierza rosyjskiego. Określenia generała utkwiły mu w pamięci.
Wpatrując się w mapę Polski i Litwy, Lis mówił stroskanym głosem: