Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


inny jeszcze człowiek z głową, nawpół w wodzie pogrążona.
Tymczasem z tarasu jacyś ludzie jęli skakać do wody i płynąć ku galerze. Byli to okrętnicy gdańscy i imć Kubala, który, posłyszawszy krzyki, pobiegł ku pałacowi i sprowadził swoich żeglarzy.
Pan Haraburda siłą oderwał od Azisa ciążącego na nim człowieka i, poderwawszy go do góry, oszołomił uderzeniem pięści. A wtedy ujął młodego władcę pod ramię i, popychając jednocześnie omdlałego człowieka przed sobą, popłynął ku brzegowi.
Gdy Azis wygramolił się z wody, rycerz wyciągnął na murawę nieprzytomnego Araba i, nie słuchając podziękowań uratowanych, popłynął nazad, aby pomagać swoim okrętnikom w ratowaniu tonących.
Niewielu jednak zostało przy życiu. Dwustu topielców wyciągnięto z toni. Cały harem sułtana znalazł śmierć na dnie jeziora, gdyż nie mógł wydostać się z terenu uciesznej galery. Sam sędziwy sułtan zdążył wyprowadzić najmilszą swemu sercu młodą żonę, lecz zginąłby wraz z nią, gdyby nie nagła pomoc pana Haraburdy.
Okrętnicy, skończywszy z ratowaniem ginących i wyciąganiem topielców, obstąpili osłabłych i półomdlałych władców, a wesoły Kubala, przyglądając się sułtanowi, mruknął do swoich:
— Ten dziadek do mokrego kura bardziej niżli do sułtana podobny! Nasiąkł biedaczyna jako „cuła, którą baba z cholewy wyzuła“
Pan Haraburda zaś, patrząc na jedyną niewiastę, która z pośród całego haremu uszła z życiem, pomyślał: