Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ciesz się, Bida Ghezal! Leżałabyś na dnie jeziora, a teraz masz pociechę, że tylko dwie a nie setkę żon posiada sułtan...
Nazajutrz ścięto Hiszpanów, którzy budowali galerę, bez litości chłostano służbę i niewolników pałacowych, wyznaczano nowych dostojników, a później wezwano przed oblicze sułtańskie pana Haraburdę.
— Wdzięczność nasza jest, jak źródło słodkie i obfite! — rzekł, przykładając rękę do piersi, Ahmed-el-Manzur. — Proś, czego żąda serce twoje, a spełnię wszystko, przysięgam na Allacha przedwiecznego!
— Władco! — rzekł rycerz. — Widziałem wczoraj, że znasz miłość prawdziwą, bo oto ratowałeś, narażając swe życie, umiłowaną żonę. Ja i inni moi towarzysze, którzy twoich druhów ratowali z toni, mamy swoje żony. One płaczą krwawemi łzami i w trosce gorzkiej dni swoje pędzą z obawy o nasz los! Daj nam wolność, władco, odeszlij nas do miasta, które odwiedzają okręty cudzoziemców, a my imię twoje zawsze z wdzięcznością we wspomnieniach swoich przechowamy!
— Życzenie twoje spełnione zostanie! — oznajmił sułtan. — Mój skarbnik wypłaci tobie i ludziom twoim sutą nagrodę, karawanę zaś do Tandży sporządzi wezyr. Pozostaniesz w pamięci naszej, jako przyjaciel i człowiek o duszy odważnej i cnotliwej!
Ku rycerzowi podszedł młody Azis-es-Rahman i zawołał:
— Gdybyś nie odjeżdżał od nas, nazwałbym cię swoim khuanem — bratem, bom ginął, gdyś przypłynął mi z pomocą! Mój marszałek ma już rozkaz, aby