Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jesteśmy wojennymi ludźmi. Znamy się na konnicy i piechocie, na armatach i wszelakiej broni, umiemy budować fortalicje i podkopy wybuchające prowadzić, proch robić... — wyliczał pan Haraburda.
— Dość! — rozkazał emir. — Czy znasz kogoś w Holandji?
— Znam Jana Koena, komendanta — odpowiedział rycerz.
— Największy to żeglarz na świecle! — zakrzyknął korsarz. — Dawno-żeś go widział? Czy zdrów jest Koen?
— Przed trzema niedzielami trącałem się z nim kielichem w Brugji, przed wypłynięciem z moją targową galjoną z pszenicą... Zdrów był, jak dąb!
El-Ajaczi zamyślił się.
— Tych ludzi z Lechistanu trzymać na wolności! — rzekł nareszcie. — Gdzie umieszczono ich?
— W zauji Nekkas, władco! — odpowiedział konwojujący jeńców korsarz.
— Dobrze! — skinął ręką emir. — A suto karmić, bo muszą dobrze pracować!
Jeńców odprowadzono zpowrotem do izby, z biegnącym w kamiennem korycie strumykiem.
Nazajutrz pana Haraburdę stawiono przed emirem.
El-Ajaczi wyprowadził rycerza na szczyt pałacu i rzekł:
— Widzisz na dole całe Sale, tu — rzeka Bu-Regreg, a tam — na przeciwległym brzegu miasto Ribat-el-Fath, należące do sułtanów z dynastji zniewieściałych Saadien. Chcę, abyś oba te miasta w fortecę groźną, niezdobytą zamienił!