Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w których brali udział, przypominali sobie dawnych towarzyszy, z których jedni jeszcze ryli morze, drudzy zaś śmierć znaleźli w otchłani lub pod gradem nieprzyjacielskich pocisków.
Rozstali się przyjaciółmi, bo znamienici żeglarze w polskim kapitanie odczuli duszę pokrewną — surową, śmiałą a szczerą.
Nazajutrz „Baltika“ już płynęła po Atlantyku. Ocean kołysał na gładzie ciężki kadłub polskiej galjony, a dma igrała z kosami bander, głośno pogwizdując śród lin i wydętych żagli.
Pan Haraburda nie miał dużo pracy, bo szyper Holz prowadził galjonę. Uczył więc komendant imć Kubalę zawiłej sztuki czytania i pisania, a, na jego żądanie, nawet łacińskich sentencyj, chętnie przez szlachtę używanych.
Lubił więc imć Kubala łaciną swoją się popisywać przed okrętnikami i z napuszoną, srogą miną często mawiał, ni przypiął, ni przyłatał:
Nec Hercules contra plures!
Posłyszawszy to, pan Haraburda ze śmiechem rzekł:
— Sypiesz, asanie, tem swojem „nec Hercules“ tak, jakbyś złoty guz do baraniego kożucha przyszył!
— Poszanowanie zato wśród ciurów mam okrutne — odpowiedział wesoły młodzian — bo za srodze uczonego mnie mają!
— Z próżnego nie nalejesz, imć Kubala — upominał go komendant.
— A jakżeż to ja wtedy z próżnej balzamki do katowni gdańskiej caluteńką Rozę Lindstrom wlałem, jegomościu?! — wołał figlarny pan Wojciech i chichotał po swojemu cienko i zabawnie.