Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


słodka rzecz. W moim kraju zaś ludzie mówią, że „przyjaciela jedwabną ręką wybieraj, a żelazną trzymaj!“
— To głęboka prawda! — rzekł Hiszpan. — Zaprosiliśmy ciebie, kawalerze, bo obaj dla twego kraju afekt żywimy.
— Tak! — zawołał Koen. — Byłem ze swoim okrętem w Kurlandji wtedy, gdy pod Kirchholmem wielki wojownik wasz — Chodkiewicz na głowę rozbił króla Karola, dziewięć tysięcy Szwedów trupem kładąc, chociaż sam siły małe miał wtedy!
— A ja podziwiam Polskę za to, że na każdem polu może być najlepszą! — zawołał don Recalde. — Opowiadali mi żeglarze, którzy powrócili po bitwie morskiej z Polakami na Bałtyku. Nikt nie słyszał do tej pory o polskich żeglarzach, aż się okazali najlepszymi, bo zwyciężyli najsławniejszego naszego komendora — Pablo Alwarez Puerto.
Pan Haraburda czuł, że mu krew uderzyła na oblicze, lecz się pohamował i rzekł:
— Do morza, jeżeli wojna jest, nasz lud ma sposobność przyrodzoną! A co do tych hiszpańskich galer, które Polacy potopili, to nic o tem nie wiemy u siebie w kraju. Pewno byli to jacyś piraci...
— Proszę! — zdziwił się Koen. — To wy i piratów macie?
— Wszędzie bywają wolni ludzie, którzy grasują na wielkich drogach lub — na morzach... — rzekł pan Haraburda.
— To już dobrze! — zawołał don Juan. — Gdzie są korsarze, tam powinni być dobrzy żeglarze!
Tak rozmawiając, zabawiali się morscy dowódcy kielichami, rozpowiadali o licznych podróżach i bitwach,