Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


znej dłoni cesarstwo i przeciwko Habsburgowi niemieckiemu w duszy już zdradę nosił, marząc o koronie dla siebie.
Cała Europa czuła się na bezdrożu. Królowie o obronie kościoła rzymskiego myśleli, jednocześnie obawiając się wzrostu potęgi cesarstwa i Hiszpanji, krajom ich zagrażających, i miotali się w niepewności, prawa heretykom nadając, lub ścigając ich na gardle i mieniu.
Tylko dwa państwa o wojnie za wiarę przodków nie myślały i, korzystając z zawieruchy dziejowej, w tajemnicy swoje zamiary w życie pomyślnie wprowadzały.
Były to — Holandja i Anglja, które powoli a wytrwale morza i oceany zdobywały.
To też bandery angielskie i holenderskie we wszystkich portach można było spotkać.
Potężna niegdyś Hanza, zagrożona przez wzrost liczniejszej i szybszej floty sąsiadów, a podupadła na skutek wewnętrznych niesnasek oraz niespokojnych czasów nietylko na Bałtyku, lecz i w Sundach, gdzie też wojna mogła wybuchnąć lada dzień, krok za krokiem odchodziła w cień, oddając dawne swoje placówki nowym władcom morza.
W tym to właśnie roku, gdy galery wszystkich państw krążyły po morzach, szukając bogactwa i zazdrośnie patrząc na angielskie i holenderskie okręty — do Brugji, przeszedłszy kanał morski, zawinęła duża galjona handlowa, na grotmaszcie niosąca nigdy nie widzianą banderę: błękitny krzyż na białej płachcie z białym orłem w polu amarantowem po lewej stronie górnego rogu. Na foku powiewała fana gdańska, a na rufie — duży pawilon Hanzy.