Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czypospolitej kozaczyzny, bo tego królewięta ukrainne nie chciały; skojarzyliśmy się z Habsburgami, którym służymy, siejąc u siebie zarazę belli civilis; do morza Czarnego dostępu nie mamy, nad Bałtykiem stoimy jedną zaledwie nogą, albowiem nie mamy okrętów zbrojnych...
— Czego, powiadasz waść, nie mamy? — żywo zapytał pan Lanckoroński.
— Okrętów bojowych, galer, galjon, brygów, w działa ciężkie i lekkie zbrojnych! — odpowiedział Haraburda. — Gdybyśmy je mieli, cicho byłoby w Prusach Książęcych i w Gdańsku, co, jak ladacznica, nie wie za kim ma iść? Spokój byłby na Inflantach szwedzkich i Pomorzu brandenburskiem! Gdybyśmy mieli swoją armatę morską, jak Hiszpanja, Olendry, Franki i Hanza, tobyśmy znaczne wzmożenie Rzeczypospolitej w jej bogactwie i potędze dali, a na Czarnem morzu zdobylibyśmy ziemię chana Krymskiego i Stambułowi w oczy śmiało skoczylibyśmy w jego legowisku! Na czajkach i bajdakach kozackich tego nie dokona nikt... Próżne gadanie, babskie brednie!...
— Waszmość w dziada się wrodził! — zawołał kasztelan. — Masz głowę do spraw magni valoris!
— Widziało się sporo, a jeszcze się więcej myślało! — odparł Haraburda. Często bywałem z nieboszczykiem rodzicem w Kłajpedzie, Libawie i Rydze. Widziałem siłę morską innych ludów i mówiłem o tem z szyprami i komendorami na okrętach...
— Byłeś w Gdańsku? — zapytał kasztelan.
— Nie!
— Odwiedź mnie w Tczewie przy okazji! — rzekł pan Lanckoroński.