Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szwedzi spływają z Narwy i z Pejpusa, czynią najazdy srogie, chłopa buntując i obietnicami jątrząc i zwodząc.
— Nasze strony Rzeżyckie i Lucyńskie — to niby Dzikie Pola, ale harców tam nie dokona człowiek, bo to zaraz Szwedy, co pozostali, skargi do króla zanoszą, a biskupi i popy unickie gardłują, że ich łany się niszczą! — wmieszał się Mzura. — Możemy tylko się bronić, a to — nie radość, nie sława i nie zwycięstwo!
— Tak! — zgodził się kasztelan. — Inflancka sprawa nie stoi jeszcze in fundamento legis! Nad tem trzeba długo pracować, aż w jakoweś pacta regulata zostanie ujęta!
— Nie zostanie! — ponuro patrząc na kasztelana, odparł Haraburda.
— Waść tak sądzisz? — zapytał pan Bąk-Lanckoroński.
— Nie inaczej, wasza dostojność! — gorącym szeptem odparł młodzieniec. — Czegóż możemy się spodziewać po królu, tak niewojennym panu i nie-statyście?
— Co waszmość mówisz?! — zniżając głos, upomniał go kasztelan.
— Przepraszam waszą dostojność, — odparł stanowczo Haraburda — lecz gotów jestem zrobić te zarzuty wobec króla i jego stronników na nowym sejmie inkwizycyjnym! Nie mamy absolutum dominium, ale mamy proditionem absolutam! Król walczy nie o Polskę i krwi Jagiellonów w żyłach nie czuje! Chodzi mu o tron szwedzki; poszły na marne ofiary i sukces wojny moskiewskiej; nie ujęto w karby ad usum Rze-