Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Idźże teraz, wasze, bo słyszę, że ktoś kołatką gruchocze — powiedział pan Haraburda, nadsłuchując.
Kubala wybiegł i po chwili powrócił, trzymając pismo w ręku.
— Goniec od pana starosty puckiego przywiózł — rzekł, podchodząc do rycerza.
Pan Haraburda odpieczętował list i uważnie go odczytał, później jeszcze raz, i — oczy mu się rozpromieniły, twarz się rozradowała.
— Chwała Bogu! — zawołał. — Proś, asan, panią, aby wnet tu przyszła.
Chłopak wybiegł, lecz pan Władysław, nie czekając, drzwi szeroko roztworzył i krzyknął:
— Wandko, bywaj migiem!
Gdy pani Haraburdzina weszła do izby męża, ten z radością w głosie zawołał:
— Pismo od pana Weyhera nadeszło! Posyłają mnie aż pod Szczecin. Mam brygantynę szwedzką zatopić i zamętu przy brandenburskim brzegu narobić, żeby huczno było!
— Wojna!... — westchnęła pani Wanda i z przestrachem patrzyła na męża.
— Toż ci ona nie ustawała! — pocieszał ją rycerz. — Tylko zima impedimenta czyniła, a teraz sam czas na wojnę!
— Boże litościwy, miej nad nami zmiłowanie! — szepnęła pani Haraburdzina i oczy na krucyfiks podniosła.
Tejże nocy rycerz, zabrawszy ze sobą Kubalę, odpłynął, a tak cicho sprawiała się czeladź „Zjawy Morskiej“, że nawet puszkarze w szańczyku przy latarni nie słyszeli, jak brygantyna odpłynęła. Rano, gdy