Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A panienka — nic! Tedy on zapytuje grzecznie: „Czy panna Regina nic nie widzi i nic nie słyszy?“ A panienka na to grzecznie: „Widzę, że pan tak oczami kręcisz, aż mój piesek wścieklizny dostaje, a od łomotania w piersi — kanarki z okrutnego lęku śpiewać nie chcą!“ Hi, hi, hi! Tak mu nasza panienka odpaliła! Kozak dobry z naszej panienki!
— To niedobrze, imć Kubala, że podsłuchujesz, widać! — rzekł, uśmiechając się, pan Haraburda.
— Zaś tam podsłuchiwał! — oburzył się nowokreowany szlachcic. — Ja z naszą panią o rybach, co to Berthen w wiersze na Wiśle złowił, konferowałem. Słuchaliśmy oboje i — hi, hi, hi! — śmieliśmy się, aż pani nasza popłakać raczyła. Hi, hi, hi!
— Toś po to do mnie przyszedł, acanie, aby o tem relację złożyć? — spytał rycerz.
— A nie! — potrząsnął głową Kubala. — Jeszcze o inszej rzeczy chciałem mówić. Wczora przychodził tu jakiś aptekarz i gadał, że leczyć skutecznie wszelakie boleści może. Okrutnie czarny na pysku ten aptekarz i oczyma wierci niczem żbik...
— Cóżeś mu powiedział, asan? — pytał pan Władysław.
— Powiedziałem, że nie masz tu nijakich boleści i że takowych ludzi nie potrzebujemy! — zawołał imć Kubala.
— To dobrześ powiedział! — pochwalił pan Haraburda. — Cóż, poszedł sobie aptekarz?
— Poszedł, bo poszedł, ale przedtem tak jakoś dziwnie ślepiami błysnął i mówi: „Boleści, jak muchy, nie wiadomo, kiedy i kogo opadną!“ — opowiadał imć Wojciech.