Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rosła się znakomicie i odrazu trzy okręty budować mogła. Król nie szczędził dukatów na armatę wodną, a inni panowie-szlachta, niby ze snu się obudziwszy, chętnie trzosy otwierali, ba! — nawet patrycjat gdański konferował na ratuszu o kupnie dwóch okrętów angielskich kupieckich, które pan Weyher miał w działa opatrzyć i do swego regimentu dołączyć.
— Jeżeli spotkają szkuty silnego nieprzyjaciela, — rozprawiali komisarze i Murrey — będą zmuszeni bitwę wydać i zginą, to i tak wielka z tego korzyść dla Rzeczypospolitej wyniknie, albowiem Szwedzi naocznie się przekonają, że swoją flotę budujemy.
Pan starosta kiwał na to głową z powątpiewaniem i mruczał, że pierwsze spotkanie z nieprzyjacielem powinno byłoby zwycięstwem bandery polskiej się zakończyć, jako że godność państwa tego wymaga a i dobry w tem byłby omen dla całej sprawy.
Jednak komisarze królewscy sądzili inaczej, więc pan Weyher umilkł.
Kilka dni oczekiwano powrotu zbrojnych szkut, aż pewnego wieczora do zatoki Gdańskiej weszła, na bakort mocno przechylona szkuta, pod Klemensa Budzisza komendą płynąca.
Nazajutrz komisarze i pan starosta dowiedzieli się o wszystkiem.
Budzisz, stojąc przed komisarzami, mówił:
— Doszli my, dostojni panowie, do Kołobrzegu. Nijakich tam okrętów nie obaczylim. Tedy furt poszlim do gardzieli Odrowej, okiem jeno rzucić. Przyszlim po nocku i widzim — ognie! Rechnujemy, aż do trzydziestu dorechnowalim! Osądzilim my z Nuksem-szyprem, co do świtu powartujemy i obaczymy.