Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— W Warszawie, na Rynku, w winiarni Fuggera, gdym usiekł tam pewnego zawadjakę — objaśnił rycerz.
— Ha! Już cię mam! Toś waćpan jest wnukiem kasztelana mińskiego, a usiekłeś wtedy lisowczyka za konterfekt...
— Tej oto białogłowy, która od tamtej nocy jest moją żoną prawowitą — dokończył pan Haraburda, widząc, że z kasztelu wyszła na pokład pani Wanda. — Pani Haraburdzina, z domu Sieniawska, córka wojewody Cyprjana...
Obaj panowie zdjęli czapki i skłonili się przed panią Haraburdziną.
— Wyznajemy szczerze, rycerzu, że dotąd in distractione mentis pozostajemy! — wołał pan starosta i aż czapkę na pokład cisnął. — Skądżeś się wziął? Może, jak owe zjawy, co przed marynarzami po nocach wstają z fal, z otchłani wypłynąłeś i znikniesz jak one? Chyba oszaleję! Jak świat światem — tego nigdy nie było! Głowimy się nad armatą wodną, a tu raptem miraculum i już z morza wychynęła brygantyna i taka zacna, że zacniejszej żadne morskie imperium nie ma! Gadaj! Gadaj-że prędzej, bo mnie znów krew zalewać poczyna! Pfu! Pfu!
Pan starosta, jako że był tuszy okazałej i krewkiego temperamentu, pokraśniał i głośno parskać zaczął.
Figlarny Kubala, widząc to, półgębkiem mruknął do Warmjaka, Kostka Hanika.
— Jak on ci tu parska nicem odyniec, to — furda, ale jak parsknie na swedisków i innych takich synów, to heca będzie az furt!