Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co to, jak śmiesz?! — krzyknął Safianow podbiegając do Gangi, lecz baron Toll zatrzymał go skinieniem ręki i rzekł:
— Muszę zbadać te sprawę, panie radco, no, i pan też przede wszystkim... Kto twierdzi, że policja żądała nieprawnych podatków?
Z tłumu wystąpiło kilku Samojedów i Samojedek. Ponurymi głosami opowiadali o znęcaniu się nad nimi, o ilości zabranych rzeczy i pieniędzy, o groźbach zemsty Safianowa, którego, jak mówili, ludzie boją się więcej niż zarazy morowej. Oskarżenia padały ciężkie, okropne, a wszyscy potwierdzali je zgodnym chórem cichych, pełnych rozpaczy głosów:
— Prawdę mówimy! Tak było. Na Wielkiego Ducha, tak było!
Urzędnicy, a nawet sam Safianow przybledli i struchleli. Baron Toll podniósł głowę. Usta mu drżały. Oburzonym głosem zapytał:
— A może kłamiecie? Może istotnie zalegaliście z podatkami?
— Nie, naczelniku! — odezwał się wtedy wójt Pyraga. — Podatki zostały dawno uiszczone. Dziś z rozkazu komisarza policji chodziłem razem z nim i urzędnikami po chatach i widziałem, że żądali na twój rozkaz pieniędzy i drogich skórek; bili, klęli i odgrażali się, że skarżyć się będą radcy Safianowowi, który się zemści... Niech pokażą listę płatników, naczelniku, a my...
— Pokazać i natychmiast sprawdzić listę — krzyknął Toll.
Drżący ze strachu urzędnik podatkowy jął wykrzykiwać nazwiska Samojedów.
Jeden po drugim wychodzili i odpowiadali surowym głosem:
— Jestem! Zapłaciłem!
— To straszne! — zawołał baron Toll. — Za takie nad-