Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jorów, gdzie czai się bezdenna otchłań małych jeziorek — oczu „Szygi“, złego ducha tajgi.
Jak okiem sięgnąć, rozbiegła się, rozparła tajga od północy do południa, od zachodu aż do wschodniej połaci nieba.
Zielony ocean, a na nim, niby rozwichrzone grzywy fal, korony drzew ciemnych, niemal czarnych!
Ruszył człowiek, niosąc na barkach zwiniętą skórę łosia, rozsuwając kolbą zbitą, zwikłaną sieć traw, chwastów, badyli i pierzasty gąszcz paproci.
Szedł i myślał.
Jakież to dziwne! Nazywa się Wotkul, urodził się w „czumie“, namiocie samojedzkim, jest synem tajgi, a zna zaledwie mały jej szmat?... Bo któż by poznać zdołał cały jej ogrom bezkresny?
Nie znają go ani pobratymcy niżowi, ani nawet Ostiacy Kamienni!
Nikt nie odważy się zapuścić w mroczne ostępy kniei ciemnej, pełnej tajemniczych, przerażających odgłosów, pomruków, poszeptów, plusku potoków, ukrytych na dnie głębokich, ponurych rozłogów i łoskotu padających olbrzymów leśnych, na co odkrzykuje z daleka czujne echo leśne.
A przecież nawet tu, nad Kecią i Połojcem, dzieją się rzeczy tajemne, rozumem Wotkuła nie ogarnięte!
Któż to przebija ścieżki zwodnicze poprzez chaszcze?
Kto wytycza je aż do toni jezior leśnych, niemych, zaczajonych, bezdennych?
Kto tam jęczy, szlocha i nawołuje po nocach?
Kto szeleści suchymi liśćmi w południe i cicho, cicho puka w konary świerków uschniętych?
Kto wreszcie unosi się wieczorami ponad trawą, kto się wynurza z czarnych przepaści tajgi i rękami z mgieł i opadów lepkich macha, wabi, woła i mami?
Czyjeż to źrenice, krwawo-czerwone, gorejące, pochwytują odbłysk płonącego ogniska?