Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


poczęstuje was rybą i czymś, czego, z pewnością, nigdy nie próbowaliście.
Samojed przysiadł się i spożywał podawane mu jadło szybko, jak gdyby z jakąś niecierpliwością.
Zauważył to Lis i pytająco spojrzał na gościa.
— Są nowiny, a nie wiem — dobre, czy złe? — szepnął Samojed. — Woźnica, który przywiózł pocztę, opowiadał w zajeździe, że zaraz po świętach zjechać mają do Narymu urzędnicy... A przybędzie też ten najgorszy z „urusów“ — Safianow... Mówił też woźnica, że niedawno wiózł policmajstra z Tomska do Szitana. W rozmowie z komisarzem policji „urus“ często wspominał wasze nazwisko.
Lis zamyślił się.
Nowiny były istotnie ważne, a do przyjemnych nie należały. Jednak po chwili uśmiechnął się i z beztroską machnął ręką:
— Niech wspominają sobie — mruknął — chociaż, co prawda, wolałbym, żeby zapomnieli o moim nazwisku...
Zapanowało milczenie. Przerwała je Julianna:
— A może ktoś doniósł o twoich rozmowach z uczniami, Władeczku?... — szepnęła z obawą w głosie.
— Eh! cóż znowu? — wzruszył ramionami Lis. — Czyżbyśmy mieli wśród nas szpiegów i donosicieli? Co mamy zaprzątać sobie głowy? Przyjadą, wtedy dowiemy się.
Wotkuł, podjadłszy, stanął przy drzwiach i kłaniał się w pas.
— No, do jutra, przyjacielu! — rzekł podchodząc do niego pan Władysław.
— Nie! — odparł z westchnieniem Samojed. — Nim świt rozbłyśnie, opuszczę z towarzyszami osiedle. Idziemy do tajgi... Musimy zbudować zimowe obozowisko, gdyż polowanie będziemy mieli w dalekiej tajdze... a tymczasem okres łowów już nastaje... Bądźcie zdrowi! Niech Wielki Duch ma was w swej opiece! Jeżeli będziesz mnie potrzebował, szepnij me-