Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stwa i kilka nowych książek polskich, francuskich i niemieckich.
Pani Julianna przyrządziła wspaniałą ucztę wigilijną, tradycyjną litewską „kucję“ na sianie, z kilkoma daniami rybnymi, z zupą grzybową z uszkami; był też tarty mak z miodem i „śliżami“.
Lisowie przełamali opłatek i związani serdecznym uściskiem dziękowali Bogu, że nie rozłączył ich i nie pozbawił nadziei, mimo iż przeszli ciężką, męczeńską drogę.
Przy wieczerzy rozmawiali o drogich dla siebie osobach: rodzicach, krewnych i przyjaciołach, dalekich a niezapomnianych nigdy.
Władysław Lis ożywił się nagle i rzekł z mocą w głosie:
— Dobrze jest, że Polska porzuciła na razie politykę! Ta rodzi nieraz niesnaski, waśnie i rozbija siły narodu. Praca — to grunt! Im cięższa i żmudniejsza — tym lepsza! Jak wapno cegłę, tak ona zwiąże wszystko w jeden zwał niezłomny, a to, co rozluźniło się podczas sporów o władzę w dobie powstania, praca znowu wzmocni, zacieśni żelaznym pierścieniem wspólnego wysiłku. Dobrze jest! Nie upadajmy na duchu! Wierzmy w świetlaną przyszłość naszej ojczyzny!
Jakaś nadzieja, zdawało się na niczym nie oparta, wstąpiła w ich serca i rozpłomieniła spojrzenia.
Odśpiewali kolędę, a potem nucić zaczęli z przejęciem:
„Jeszcze Polska nie zginęła...“
Ciche głosy Polaków, rzuconych na daleką północ, potężniały z każdą chwilą, aż wreszcie rozbrzmiały w całej pełni, wesołe, drgające zapałem do czynu i pewnością jutra.
Gdy skończyli pieśń, wtedy dopiero spostrzegli Wotkuła.
Wślizgnął się niespostrzeżenie i teraz swoim zwyczajem siedział na podłodze przy progu, podwinąwszy nogi pod siebie i spoglądając na gospodarzy ostrym wzrokiem czarnych, bystrych oczu.
— Siadajcie do stołu, przyjacielu! — zawołał Lis. — Żona