Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W tej chwili rozległo się skrzypienie stopni na ganku i do sieni wszedł Wotkuł. Miał stroskaną twarz i ponure oczy.
Za nim wślizgnęła się do izby mała kosmata „łajka“ o rudych kłakach i natychmiast umknęła pod ławkę.
— Niech Wielki Numa... — rozpoczął łowiec zwykłe pozdrowienie, lecz urwał nagłe i rzucił się do nóg pani Juliannie wołając: — Ratuj nas!... ratuj!... Moja żona Bigit i Dunia Rodionowa umierają... Ratuj!... ratuj nas!... Może już za późno... bo już dziś trzeci dzień mija, jakem opuścił Narym... Nie mogłem prędzej dojechać... bo jeden renifer... ze znużenia padł mi nad Usakirem...
Pani Lisowa usadowiwszy zrozpaczonego przyjaciela szybko podała wieczerzę.
Po herbacie dopiero jęła się wypytywać Samojeda o objawy choroby żony jego i córki Rodionowa, czarnookiej, cichej Duni. Wkrótce, gdy inni już spać się pokładli, żona zesłańca zasiadła do wertowania książek medycznych, a potem krzątała się koło szafy z lekami układając je do torby. Wyraz niepokoju coraz wyraźniej malował się na jej bladej twarzy, a zmarszczka troski i głębokiego namysłu przecięła pogodne czoło młodej kobiety.
O świcie pani Julianna była już gotowa do dalekiej drogi przez tajgę. Wotkuł wyszedłszy z chaty obejrzał się za Lisem i rzekł do niego:
— Widziałeś tego rudego pieska? Jest to syn mojej „łajki“ Wyr, najlepszej w całej tajdze. Ten szczeniak zna już swoją nazwę, Urr, a widziałem go w kniei. Młody jest jeszcze i gorący, lecz mądry, a węch posiada ostrzejszy nawet od mego psa! Przywiodłem go dla ciebie. W tajdze nie obejdziesz się bez dobrego psa...
Lis dziękował przyjacielowi za istotnie piękny i pożyteczny dar i żegnał żonę, która wsiadała już na małego narymskiego konika. Po chwili karawana ruszyła. Na czele jechał Wotkuł na starym, o rozłożystych rogach reniferze prowadząc