Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wstrząsnął nim pytając syczącym głosem, w którym było błaganie i groźba:
— Natychmiast mi odpowiedz, natychmiast!
Samojed przyjrzał mu się bacznie i spostrzegłszy rozpacz na twarzy przyjaciela odparł pośpiesznie:
— Uspokój się „Sprawiedliwy“! „Biała niewiasta“ zdrowa jest i wkrótce tu przybędzie.
Lisowi na tę wieść podcięło nogi. Nagła rozpacz wyczerpała go. Pot okrył mu czoło. Bezsilny usiadł na sterczącym z ziemi pniu i przymknął oczy.
Siedział długo nieruchomy, ciężko oddychając. Półświadomie słyszał nawoływania z lasu, widział Gangę, zbiegającego z pagórka i wymachującego rekami.
Z trudem podniósł oczy i długo wpatrywał się przed siebie.
Z boru wyłaniały się jeden za drugim idące renifery. Przed nimi podpierając się sękatym kijem kroczył roześmiany, kulawy Garas. Coraz więcej reniferów i prowadzących je Samojedów wynurzało się z lasu. Wreszcie na ostatnim, za którym szli Michał Rodionow z synem, Lis ujrzał kobietę na koniu, prowadzącą za sobą krowę. Od razu zrozumiał wszystko i już biegł, czując, że serce mu wali jak młotem i że brakuje mu tchu w piersiach. Dopadł wreszcie i porwał w objęcia swoją Juliankę, całował ją po rękach, oczach i ustach powtarzając zdyszanym głosem:
— Słoneczko!... Słoneczko moje!... Powróciło... Powróciło!
Ona zaś odpowiadała mu przez łzy radości:
— Wyrobiłam sobie pozwolenie na pozostanie z tobą, Władeczku... Już nigdy, nigdy się nie rozstaniemy! Biedaku mój, chłopaku kochany!
Widząc jego wzruszenie starała się uspokoić go, wiec opowiadała mu o swej podróży do Tomska, o widzeniu się z nowym gubernatorem i o uzyskaniu od niego pozwolenia na