Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lis opowiedział Romanowi o swoim życiu i zakończył tymi słowy:
— A teraz, przyjacielu, mam zamiar założyć tu nowe osiedle!
Zbieg uśmiechnął się i odparł wesołym głosem:
— To widzę, że w porę przyszedłem do was, panie! Jestem drwalem, cieślą, w domu trudniłem się u swego pana tym rzemiosłem. Umiem też piece stawiać, ponieważ nauczono mnie tego w więzieniu... ba! przesiedziałem już w nim dziesięć lat... dziesięć lat!
— No, więzienie pozostało już poza wami! — zawołał Lis. — Od jutra obaj staniemy do pracy.
Tak też i uczynili. Po tygodniu mieli już gotowy budulec, a więc belki, deski, a nawet „płaszki“ — krótkie łupanki z pni, zastępujące gonty.
Gdy w oznaczony dzień przybył Wotkuł, a z nim Ganga i piętnastu Samojedów, — na polance, wsparty na kamiennym fundamencie, wznosił się zrąb, do połowy już wykończony.
Lis witał przyjaciół, którzy ze zdumieniem oglądali nowego przybysza i wypytywali go, skąd przyszedł do tajgi na Czin-War. Ten mrużył oczy i odpowiadał:
— Spadłem wprost z nieba, bo mi się noga podwinęła zawadziwszy o obłoki!
Lis odprowadził Wotkuła na stronę i z drżeniem w głosie zapytał:
— Co powiesz mi o żonie?...
Samojed spuścił oczy, a usta mu drgnęły.
— Opowiem o wszystkim, gdy Garas nadąży za nami... — odpowiedział cicho jeszcze niżej opuszczając głowę.
Lis zbladł.
Niepokój, który przez cały ten czas tłumił w sobie, wybuchnął ze straszliwą siłą.
Zesłaniec skoczył ku Wotkułowi, porwał go za ramię