Strona:Felicjan Faleński - Odgłosy z gór.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Więc czyliż dziwno tobie: że wzajemnie,
Kiedy w złéj chwili, zdala raz odemnie,
W odmętach które nawałnica zmąca,
Bezsilna, trwożna, bezprzytomna, drżąca,
Rozpacznie walcząc — już sennemi błyski
Mniemałaś w duszy kres oglądać bliski —
Z nieba mi ciebie dłoń Anielska biała
Uratowała.

Bog przecież, wśród téj ciężkiéj naszéj doli,
Nie tylko tem co niepokoi, boli,
Lecz i uczynkiem dobrym kusi człeka.
Wieczny jest, więc ma czasu dość, i czeka.
Biada! kto w darze wziąwszy zmysły ducha,
Patrzy nie widząc, i nie słysząc słucha.
Szczęśliwy, kogo błyski Pańskiéj Chwały
Uratowały. —