Strona:F. Mirandola - Tropy.djvu/8

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    I tym dawał wedle przykazu.
    Najchętniej nachylał wiadro ku ustom dzieci zgrzanych, spoconych, zmęczonych zbytkami.
    Poił spragnionych, bo ten był cel życia jego. A że myśli jego nie zajmowało w zupełności to zajęcie, przeto pozwalał im krążyć, gdzie chciały.
    Zrazu latały wokół ponad łanem i przyglądały się żeńcom.
    Byli tam młodzi chłopcy, chylący się elastycznie ku ziemi, dziewczęta w jasnych strojach roześmiane i zalotne, starzy ludzie osiwiali w pracy, poglądający często ku niebu, kobiety wiekowe w czarnych szatach, szepczące pacierze. Łzy padały gęsto z oczu tych kobiet, a spojrzenia szukały raz po raz mogił, kędyś w łanie życia skrytych.
    Byli tam kapłani, głoszący nauki pracującym. Podnosili ręce nad pochylonemi głowami, darząc pracowników błogosławieństwem niebiosów.
    Nie brakło też kramarzy z pudłami, pełnemi tandety, i wrzaskliwych skoczków, zachęcających do wesołości.
    Wróciwszy z ponad łanu, myśli usiadły na cembrowinie studni, pytając:
    — Gdzie teraz polecimy?