Strona:F. Mirandola - Tropy.djvu/74

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    — Ach! Więc ja nie zbłądziłem! — pomyślał — to była moja droga ...kawałek tylko biegła pośród ciemności...
    I ogarnięty nagle ogromną radością, wolny już wnętrznie, rzucił się w półmrok gęsty.
    Ledwo stracił z pod nóg ziemię, uczuł, że się kłębi pod nim powietrze, że go niesie, że u rąk ma długie, kładące się na fali wiatru skrzydła giętkie, ruchliwe, czułe na każde drgnienie, a stalowe, zdolne nieść wysoko... w samo choćby niebo.
    Spłynął. I nagle ujrzał przed sobą w niepojętej oddali coś błyszczącego, niby mała gwiazda.
    Podobne to było błyszczącemu ziarnu pszenicy.
    Otaczała je jakby mgła jasna, jakby płomień liliowy, to znów szafirowy...
    Od gwiazdy tej jaśniała szybko ciemna przestrzeń. Pędził w topiel światła, ciągniony, bezwolny, choć jednocześnie własną mocą, pospiesznie, nagląc się sam, jak do wybawienia.

    Pod sklepieniem kaźni więziennej rozległ się łopot skrzydeł.