Strona:F. Antoni Ossendowski - Szkarłatny kwiat kamelji.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ciemni, wiszącej pod pułapem. Coś cykało cienko i żałośnie, jak pokutująca dusza, i lekko potrącało o szkła okien, jakgdyby wyrwać się chciało i ulecieć.
Cuki starała się nie patrzyć na boga, który przeraził ją swemi nieruchomemi, lecz żywemi źrenicami, po pewnym czasie, jednak, podniosła oczy i ujrzała straszną maskę posągu. Wykrzywił usta w napadzie niemego śmiechu, wyszczerzył olbrzymie kły, oczami świdrował w jej mózgu i sercu.
Cuki wydało się, że słyszy nawet cichy chichot potwornego boga i że twarz jego w migotliwych blaskach lampki zmienia swój wyraz i staje się coraz bardziej drwiącą i roześmianą.
Krzyknęła i pędem pobiegła za ołtarz, gdzie skrył się Ten Sziahara.
Zobaczyła go, stojącego z wyciągniętemi na jej spotkanie ramionami.
Drżąca, dygocąca cała, przycisnęła wylęknioną główkę do jego potężnej piersi i tuliła się, jak dziecko do matki, coraz bliżej i mocniej...
— No, Cuki-San, no, już wszystko dobrze, już niema żadnego strachu! Ja cię przed całym światem obronię, nie bój się! No — no, mała, cudna musme! Kwiecie mego serca, słońce mojej duszy, miłości i pragnienie Tena Sziahary! Uspokój się!... Już wszystko dobrze!...