Strona:F. Antoni Ossendowski - Pod smaganiem samumu.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Wstań pan! — rzekłem. — Mężczyźni w takich wypadkach nie powinni płakać.“
„Cóż mam robić? — wyjąknął. — On taki silny i taki bogaty, a ona kocha tylko mnie... tylko mnie!“
„Czy jesteś pan tego pewien?“ — mruknąłem.
„O tak!“ — zawołał.
„Wtedy walcz!“ — powiedziałem.
„Kiedy on taki silny i bogaty!“ — powtórzył młodzieniec z rozpaczą w głosie.
„Mówiłeś pan, że po nowym tomie swych poezji zdobędziesz świat, a przecież zwalczyć jednego człowieka łatwiej, niż zdobyć świat?“...
Milczał. Usiadł na kanapie i cicho płakał, jak małe skrzywdzone dziecko, wreszcie przez łzy zaczął mówić:
„Ona umrze w tej mieszczańskiej szarzyźnie, wśród tych rozmów o zyskach i nowych projektach hodowli bydła“...
„A jeżeli będzie mowa o nowych autach, brylantach, strojach, podróżach do Paryża i Nicei?“ — zapytałem.
Nic nie odpowiedział. Umilkł zupełnie i wkrótce wyszedł z czytelni, zdruzgotany, zgnieciony jak robak.
Nazajutrz mój Arab wiózł mnie dalej.
Siedząc obok niego, rzuciłem pytanie:
„Czy bogactwo — rzecz dobra, Ali ben Mhammedzie?“
„Dobra, bo zdobywa wszystko“ — odparł.
„A siła pięści, czy też dobra?“ — pytałem dalej.
„Dobra, bo wszystko potrafi obronić“ — odpowiedział takim głosem, jak gdyby czytał znane suraty z Koranu.
„No, a miłość?“ — indagowałem go dalej.
„Dobra, bo ma siłę, co zdobywa i broni. Jest ona złotem i pięścią razem!“ — powiedział ze ździwieniem, patrząc na mnie.
Myśli moje poszły w kierunku tych wschodnich formułek. Coś tam w głowie i sercu szeptało o jakiejś