Strona:F. Antoni Ossendowski - Pod smaganiem samumu.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co się stało z patrycjuszem i wojowniczą Berberką? — zapytałem. — Rozumiem, że jest to opowieść z życia dawnej kolonji rzymskiej, o walce o „jus connubium“[1], któremu nie podlegali ani plebejusze, ani barbarzyńcy, aż zrównał wszystkich dekret Karakalli, jednak nie chcę teraz o tem pamiętać, chcę wiedzieć o losie tych dwojga ludzi!
„Snujmy dalej opowieść! — rzekł z uśmiechem malarz. — W Tebessie wybuchło wkrótce powstanie przeciwko prokonsulowi, powstanie, wzniecione przez tych, którzy żądali uprawnienia swoich żon. Na czele rokoszu stał dowódca załogi. Kto wie? Może nim był patrycjusz Marek Emiljusz... Gdy powstanie stłumiono, kilku rzymskich dowódców ratowało się ucieczką na południe, tam, gdzie w pustyni koczowały jeszcze niepodległe szczepy. Tu założyli oni nowe ognisko i dali początek nowym pokoleniom, w żyłach których płynęła szlachetna i odważna krew rzymska, a z czego do dnia dzisiejszego dumne są niektóre rody koczownicze. Może też w potomkach tych rodów płynie krew zapomnianego przyjaciela boskiego Antonina i jego żony Gastar, co zmieniła ostrze szabli na ognisko domowe i wymodliła u fenickiej bogini Tanit-Astarty szczęście i spokój?“...
Długo milczeliśmy. Gdy zmrok już zapadać zaczął, uścisnąłem dłoń romantycznego Holendra i, pożegnawszy go, odjechałem.
Na tle jeszcze szkarłatnego nieba czarnemi sylwetkami wznosiły się kolumny Kapitolu, a niżej u jego stóp leżały w gęstym cieniu ruiny Timgadu, poetyczne, pełne niedopowiedzianej myśli, lub niedokończonej pieśni o tem, co tu było, co minęło i co już nigdy nie powróci.



  1. Prawo małżeńskie.