Strona:F. Antoni Ossendowski - Pięć minut do północy.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Widzi pani? Będziemy z nim dobrymi przyjaciółmi i, ręczę, że nie zburzę mu ani Patrie-en-fleurs, ani innego miasta! — zaśmiał się Hans.
Po chwili pozostał sam i, wyszedłszy na balkon, patrzał w ślad za szybko oddalającą się sylwetką Manon, idącą nadbrzeżem w stronę parku.
Gdy zniknęła na załamaniu ulicy, cicho westchnął i powrócił do pokoju.
— Drogi te pozostają nieuczęszczane i chwastami porosły oddawna... — przypomniały mu się słowa Małachowskiego.
Zdziwił się, że przyszło mu na myśl to zdanie urwane.
— Czy można je zastosować do mego życia? — pomyślał.
— Można w zupełności! — zadecydował ze smutnym uśmiechem na przybladłej twarzy. — Ale to — nic! Lubię miejscowości, gdzie nie spotykam śladów człowieka...
Zdjął marynarkę i rzucił się na łóżko. Czuł się znużony i bardzo smutny.
Przyłapał siebie na tym nastroju i natychmiast błysnęła mu myśl:
— Zazdrosny jestem o Manon?
Podniósł ramiona i przymknął oczy.
— Kocham ją — pomyślał, — a jednak nad moją miłością urósł kopiec bez nagrobka. Tylko dwoje ludzi wie, co tam pogrzebano... nazawsze.


ROZDZIAŁ XV.

Wkrótce po wizycie u kapitana, do hotelu Alfreda zgłosił się Joe.
Małachowski był w domu i natychmiast przyjął go, trochę zdziwiony niezwykłą, jak na wizyty godziną i odwiedzinami dumnego Anglika.
Joe Leyston, uzbrojony w monokl, po przywitaniu rzekł:
— Drogi panie! Muszę się przyznać, że słowa pana, wypowiedziane podczas pobytu w hotelu des Bergues, zaniepokoiły mnie...