Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Pięciu ich było i księżego miodu wystarczyło, aby się popili. Zaczęli więc krzyczeć i podśpiewywać. Coraz to wstrętniejsze słowa padały z ich ust. Jeden z Moskali, zataczając się, podszedł do obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, zerwał go ze ściany i cisnął na ziemię.
— Pod Twoją obronę... — szepnął proboszcz, przymykając oczy, ale wnet je otworzył.
Ktoś wszedł do pokoju i, stanąwszy przy progu, śmiać się zaczął cienko i piskliwie.
Zdumiał się ksiądz, gdy ujrzał pastuszka Walka.
Niespełna rozumu był ów chłopak. Oczy mu ustawicznie biegały, jakby się czegoś bał, śmiał się bez przyczyny, chodził boso i bez czapki latem i zimą. Był niepiśmienny, gdyż nie mógł zapamiętać żadnej litery i zrozumieć dlaczego „B“ i „A“ ma się czytać „ba“, a nie „bea“. Z rachunkiem też mu nie szło i wszystkie liczby w sposób niezrozumiały składały się w jego chorej głowie na „dziewięć“.
Nikogo i nic nie lubił Walek. Nawet na jedzenie był obojętny. Mógł głodować po kilka dni i, gdyby ktoś litościwy nie nakarmił chłopca, napewno zmarłby kiedyś z głodu.
Tylko do kościoła w niedzielę zawsze przychodził i przesiadywał w nim aż do chwili, gdy kulawy Kazimierz wypraszał go i z brzękiem kluczy zamy-