Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

kał przybytek Boży. Modlił się chłopak gorliwie, płacząc i śmiejąc się naprzemian i często powtarzając jedno tylko słowo:
— Daj, daj, daj!...
Proboszcz pytał go nieraz, o co prosi Matki Boskiej. Walek trząsł wtedy głową, chichotał cienko piskliwie seplenił:
— Wiem, a nie powiem! Wiem, a nie powiem!...
Ten to Walek stanął teraz na progu księżej izby i cicho się śmiał, wydając cienki pisk. Przyglądał się wciąż bolszewikom i wciąż się śmiał. Po chwili wyciągnął czarną, spracowaną dłoń i palcem zaczął starannie rachować żołdaków.
Było ich pięciu, lecz Walek, przerachowawszy wszystkich, palnął głośno:
— Dziewięć...
— Tobie co tu potrzeba, szczenię? — wrzasnął pijany podoficer i cisnął w niego pustą butelkę, lecz chybił.
Pastuszek nic nie odpowiedział, tylko zachichotał głośniej i wyszedł.
Bolszewicy pili dalej. Jedni już spadli z tapczanu i leżeli pod stołem, chrapiąc jak konie, reszta, kiwając się, zasypiała, siedząc. Nareszcie stojący przy piecu, związany proboszcz przekonał się, że wszyscy