Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

porwało Władka i rzuciło go do głębokiego dołu, wykopanego w ziemi i zamykanego drewnianą kratą.
Było to więzienie, zwykłe w Urianchaju, Mongolji, a nawet na kresach Chin.
— Do cholery ciężkiej! — zawołał Władek. — A tom się zasypał! Tak to jeszcze nigdy nie bywało! Hm... Hm...
Przypomniał sobie radę matki i zaczął wzdychać do Boga, prosząc o pomoc.
— Chyba się cud stanie, gdyż jakaż tu może być pomoc? Położyć się nawet nie mogę, bo ciasna, djablo ciasna jest ta ohydna dziura! Źle mi poszło z tym „ułanem“... Trzeba było do „cygana“ się przyznać...
Zaczął walić pięściami w kratę i krzyczeć:
— Nojon! Nojon!
Do rowu zbliżył się Sojot i, słysząc, że jeniec woła: „nojon“, co oznacza — książę, odciągnął kratę, dopomógł więźniowi wygramolić się, poczem odprowadził go do namiotu opasłego księcia.
— Cygan! Ja jestem prawdziwy, najprawdziwszy cygan, słyszysz, ty — worku z łojem? Cygan! Cygan! Cygan!
Książę wydął pogardliwie grube wargi i rzucił jakieś pytanie.
Władek domyślił się, iż żąda od niego dowodów.