Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/271

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

nocleg w gaiku modrzewiowym, rozpalił ognisko, nawarzył kaszy i, posiliwszy się, usnął twardym snem.
Obudził się nagle, gdyż poczuł, że coś ciężkiego przytłoczyło mu pierś. Otworzył oczy i ujrzał mongolską twarz Sojota, szybko i zręcznie wiążącego mu ręce. Dokoła stali inni i ponuro mu się przyglądali.
Władek umiał kilka słów po sojocku, więc odrazu wysypał cały zapas swej wiedzy. Żaden z napastników nic mu jednak nie odpowiedział. Wsadzono go na siodło i cały oddział ruszył w drogę.
O świcie Władka stawiono przed obliczem opasłego księcia sojockiego.
— Ułan? Cagan? — wykrztusił grubas dwa słowa, mlaszcząc sinemi wargami.
Chłopak się zamyślił. Nie znał tych słów.
— Ułan? Cagan? — powtórzył pytanie książę, przyglądając się jeńcowi.
Słowo „cagan“, przypominające „cygana“, nie spodobało się Władkowi, więc zuchowato wypalił:
— Ułan! Ułan!
Odpowiedź ta miała fatalne skutki. Książę bowiem pytał jeńca, czy należy on do „czerwonych“, czy do „białych“.
Mongoł coś mruknął i wnet kilku tęgich drabów