Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Skąd tu przybyliście i kto jesteście? — pytałem, czując, że włosy mi się jeżą na głowie.
Usłyszałem najstraszniejszą opowieść, jaką kiedykolwiek w życiu usłyszałem lub czytałem.
Był to obóz Polaków...
Jedni z nich byli żołnierzami polskiej syberyjskiej dywizji; po zdradzonem powstaniu pod Krasnojarskiem uwięzieni w lochach „czerezwyczajki“ lub w obozie dla jeńców, zdołali uciec do lasu, gdzie przetrwali do zimy, żywiąc się jagodami, grzybami lub upolowanym czasem jeleniem; inni byli cywilni Polacy, którzy ukryli się w puszczy, uchodząc od prześladowań bolszewickich w dobie zwycięskiej wojny Polski z Moskwą. Istnieli i mieli płomyk nadziei nawet wtedy, gdy tygodniami szli o głodzie i chłodzie, bosi, zjadani przez pasorzyty. Ale trwało to do czasu, gdy zima objęła ich swoim lodowatym oddechem i położyła pokotem, jak trawę, ściętą i zwarzoną mrozem.
Było ich 134-ch... przed zimą. Pozostało 86-ciu. Reszta leżała na uboczu w krzakach z otwartemi, martwemi oczyma, pięściami, zaciśniętemi w ostatnim wysiłku i bezsilnej rozpaczy.
Towarzysze, którzy stracili na mrozie stopy i dłonie, a w objęciach ciągłego, wzmagającego się zim-