Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Będziesz gadał? — wrzasnął siedzący najbliżej bolszewik i z całej siły uderzył kolbą ciężkiego rewolweru w pierś jeńca, aż echo się rozległo.
Oficer z trudem utrzymał się na nogach a krew częściej zaczęła kapać na deski podłogi.
— Dlaczego nie chcesz mówić? — zapytał starszy Moskal.
— Wiem, że zamordujecie mnie, a więc nie chcę, aby o tem dowiedział się mój ojciec, który też walczy przeciwko wam w wojsku polskiem. Będzie tęsknił i martwił się, a dla żołnierza — to bieda! Niech będzie wesół i pełen nadziei, iż prędko się zobaczymy, i niech bije was bez troski, jak ja biłem!
— Wściekły pies z ciebie, żmija! — zawołał jeden z bolszewików. — Zginiesz, jak pies!
— Nie! Zginę, jak uczciwy żołnierz, bo was się nie boję — słabym już głosem odparł jeniec.
Naraz żywo poruszył się drugi jeniec. Zęby i oczy mu błysnęły, jak wilkowi, spojrzał hardo na bolszewików i zamruczał po białorusku:
— Szczob wy mnie ruci odwiązali, jaby wam jeszczo pokazaw, sobacze syny!
I zaklął straszliwie.
— Milcz, zdrajco! — zakrzyknęli bolszewicy.
— Jakbym był zdrajcą, nie stałbym tu przed wami, wieprze moskiewskie! — rzucił żołnierz.