Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Strzelecki słuchał wyprostowany i milczał.
— Cóż podporucznik nic nie mówi? — spytał generał.
— Słucham, panie generale, i czekam na rozkaz! — odparł oficer.
— Aha, czeka pan na rozkaz!
Generał zamyślił się na chwilę, a później podniósł oczy na młodzieńca.
— Co tu leży? — znowu wskazał na mapę, gdzie było kilka podkreślonych czerwonych ołówkiem punktów.
Podporucznik poprawił binokle i pochylił się nad stołem.
— To są wsie Janiec, Nowe-Miasto, Przyrowo, Ojżenie, Ciechanów... — odpowiedział i dodał: — To już zajęte przez nasze placówki, panie generale!
— Zajęte, pan, powiadasz? — marszcząc surowo brwi, pytał dowódca.
— Tak jest, panie generale!
— Wiem, że zajęte! — mówił generał. — Wiem też, że to pan ze swoją kompanją przepłynąłeś rzekę pod Jańcem i wziąłeś 5 kulomiotów i jeńców. Wiem, że nastraszyłeś pan na śmierć bolszewików, pomalowawszy 9-tą kompanję na czarno, jak djabłów z piekła, czy murzynów. Wiem, że zmykali przed nimi bolszewicy, jak zające. Wiem, że nie było