Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bitwy, w którejbyś nie brał udziału. Wszystko się to panu zapisze jako zasługa!
— Panie generale... — zaczął Strzelecki.
— Proszę nie przerywać, podporuczniku! — groźnie krzyknął dowódca. — Wiedz pan, że kto tyle usług Ojczyźnie oddał i tu i na innych frontach, na tego są zwrócone oczy wszystkich. Ale też ten powinien poczuwać się do obowiązku, bo to służba!
Strzelecki pomyślał:
— Zabijcie mnie wielkim kijem, jeżeli rozumiem, o co mu chodzi! Prawi mi o obowiązku, a czyż ja go nie spełniłem pod Lwowem, Przemyślem, Chyrowem i później, gdy po ranie znowu poszedłem na ochotnika i biję się przez cały czas?
Generał odsapnął i rzekł:
— Uradziliśmy powierzyć panu bardzo niebezpieczne zadanie.
— Rozkaz! — prostując się znowu, odezwał się młody oficer.
— Proszę słuchać! — poważnym głosem zaczął mówić dowódca. — Pan widzi, że deszcz leje i leje. Jest noc. Nieprzyjaciel wie doskonale, że cztery noce już nie śpimy i nie oczekuje naszego ataku. Atak zaś konieczny! Trzeba z tym frontem skończyć, bo wojska są potrzebne w innych miejscach. O świcie dwie kompanje okrążą Mławę, pan zaś