Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Przyjmij, Panie, sługę Twego...
Towarzysz Leon i Gunia rzucili się do leżącego kapłana i, łamiąc mu kości tej ręki, co znak krzyża kreśliła, zaczęli go dusić, bić pięściami i obcasami ciężkich, podkutych butów.
Po chwili zdyszani oprawcy podnieśli się i spojrzeli na leżącego przed sobą.
Zdumieli na widok tej potężnej postaci.
Przed nimi, nieznanymi wyrzutkami ludzkości, z wyrwanemi nozdrzami i śladami batów na grzbietach, leżał przecież potomek królewskiego rodu Ruryka, kapłan-bohater, a na szerokiej piersi, w migotliwych połyskach lampy zdawał się płonąć gorącym ogniem wielki krzyż szkarłatny...